Ta strona używa plików cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki
Logo - Kulturalny Konin

Busz po warszawsku. Polemika

Jest rok 2014. Wrzesień, słotny dzień. Redaktor naczelny kwartalnika podróżniczo-literackiego „Kontynenty” Dariusz Fedor szuka dobrych pomysłów do następnego numeru. Intryguje go opowieść Bożeny Dudko o zapomnianych zdjęciach Kapuścińskiego z Konina. Pyta o nie Karolinę Wojciechowską, a już następnego dnia dostaje skany wszystkich fotografii, skwapliwie opisanych przez Izabelę Bobrowską. Ale zdjęcia to mało, wymagają oprawy. Pokaż je Filipowi Springerowi –podpowiada Wojciech Jagielski.[*]

Jest 8 stycznia 2015. Cztery miesiące później, dwa dni przed deadlinem, nóż na gardle pomieszany z obietnicą raju. Dariusz Fedor telefonuje do mnie, roztaczając wizję promocji miasta w portalu gazeta.pl i najbliższym wydaniu „Kontynentów”. Dzięki zdjęciom Ryszarda Kapuścińskiego i reportażowi, oraz fotoreportażowi Filipa Springera. – Czy mógłbym wykorzystać sporządzone przez panią podpisy?  – Tak, ale nie bezpłatnie. Proszę porozmawiać z wydawcą portalu. Tu się pojawił pierwszy stopień – nie do pokonania dla największego polskiego koncernu prasowego? Fedor obiecuje porozmawiać na ten temat i obietnicy dotrzymuje. Zaproponowana kwota nie jest tajemnicą handlową, jest hańbą. Przy tej okazji padło również słowo misja, które jak rozumiem, powinnam sobie przyswoić.  – Odnalezienie fragmentu komina na jednej z fotografii zajęło nam (mnie i Marice Sypniewskiej, fotoreporterce, która była równoprawnym członkiem naszej dwuosobowej ekipy wędrującej  śladami Kapuścińskiego, a nie jak pisze Tomasz Fedor w gazeta.pl – „wspierała Bobrowską”) kilka godzin, dla tego szczegółu zrobiłyśmy 120 km – argumentuję, choć nie powinnam.  – Proszę  przesłać materiały, związane z tą publikacją, napiszemy o niej w portalu kulturalny konin. Roześlę też informację do lokalnych mediów i na portal miejski – informuję spóźnionego Dariusza Fedora.

Kolejne zaskoczenie. Po niedługiej chwili, naczelny „Kontynentów” przesyła mi na skrzynkę mailową nie materiały promujące publikację, lecz wybrane do weekendowej gazeta.pl (10/01/2015) konińskie fotografie Kapuścińskiego z przygotowanymi przeze mnie podpisami – do akceptacji. Skąd konsternacja, już mówię.

Ich redakcję poprzedziła solidna kilkumiesięczna reporterska robota, a właściwie dziennikarskie śledztwo, dziesiątki spotkań z konkretnymi i napotkanymi ludźmi, rozmów, wymienionych maili (dla niektórych oznaczałoby to samobójstwo). Skąd miał je red. Fedor, którego nie znam i z jakiej racji zostały mu przekazane poza moją wiedzą? Napisałam w tej sprawie do Bożeny Dudko, która m.in. opiekuje się literacką spuścizną Ryszarda Kapuścińskiego. Otrzymała je ode mnie, gdy Agora przygotowywała audiobook z „Buszem po polsku”, do którego była załączona książeczka, a w niej – fotografie Kapuścińskiego z Konina. Dowiedziałam się od niej, że po tej publikacji podpisy są ogólnodostępne. Każdy może je mieć? Dariusz Fedor je przepisał? Jak każda intelektualna czy twórcza praca chronione są prawem autorskim, o czym Bożena Dudko nie wie lub nie chce wiedzieć (słyszę przy tym, że Pan Ryszard nie był małostkowy, był życzliwy i dobry dla ludzi. Jak odbieram – w przeciwieństwie do mnie. – A gdzie miejsce na dobry obyczaj, gdzie prawo? – pytam oburzona. Moje oburzenie jest oczywiście nie na miejscu, ale tego nie rozumiem, bo jestem małostkowa, a ludzie ze stolicy zbyt zapracowani, by przejmować się błahostkami).  Na marginesie – podpisałam wtedy umowę na ich jednorazowe wykorzystanie.

Po wystawie w Koninie (21 października 2011), o której z kolei Tomasz Fedor na łamach gazeta.pl pisze bezosobowo „stworzono”, red. Dudko poprosiła mnie również o tekst, napisany jeszcze na zamówienie śp. Izy Wojciechowskiej, która powierzyła mi pracę nad identyfikacją zdjęć Kapuścińskiego. Były w nim zawarte wszystkie informacje na temat tej historii, o której w weekendowym wydaniu pisze wspomniany redaktor. Pisze, chociaż nikt w Koninie go na oczy nie widział, a Bożena Dudko nie kiwnęła palcem przy tej historii. Tekst powstał zza biurka, redakcja załączyła do niego fragment dialogu Springera z pracownikiem „węzła przesiadkowego” i kilkoma fotografiami jego autorstwa (przedsmak materiału w „Kontynentach”, które ukażą się połowie stycznia br.).  

Jak wyglądałoby to w takim wydaniu u autora „Buszu po polsku”? Starania o paszport byłyby zbędne. Wystarczyłoby znaleźć Białego, który zna innego Białego, który znał Czarnego, który opowiedział mu o Lumumbie i walczącym o wolność Kongo. Na szczęście dla światowego reportażu, Jemu to nie wystarczało,  takie wydanie było po prostu niemożliwe.

I wreszcie: jak „stworzono” wernisaż. Wystawa w Koninie, Panie Redaktorze Tomaszu, powstała dzięki Izie Wojciechowskiej. Była to jej ostatnia praca, jedna z ostatnich w życiu, którą dla Niej postanowiłam skończyć, bo takie były nasze ustalenia i dlatego, że była postacią, przy której busz stołeczny nigdy by mi się nie zdarzył. Pieniędzy na organizację wernisaży (konkretnie dwóch, pokazaliśmy też zdjęcia rosyjskie Kapuścińskiego, prezentowane wcześniej w „Zachęcie”) poszukałam sama, ze wsparciem kilkorga życzliwych mnie i temu projektowi osób.

Fotoreportaż koniński wykonał Ryszard Kapuściński, Ona stworzyła z niego spójną OPOWIEŚĆ, kierując się niebywałą intuicją i doświadczeniem, artystycznym smakiem. Gdyby nie ta praca, red. Dudko i red. Fedor nie mieliby powodu do odkrywania Ameryki, a ja nie zostałbym Kolumbem. Tej narracji brakuje w przypadkowych fotografiach Filipa Springera, mocno przywiązanego do wątku „węzła przesiadkowego” (gdyby pytał – to etap przejściowy), do którego sprowadził Konin. W jednym z postów pod artykułem znalazłam zarzut, że zarys fotoreportażu Springera jest tendencyjny. Nie zgadzam się: on nie został przez autora wcale wymyślony. Odchylenie byłoby jakąś koncepcją.

Przyznam, że jednym z najbardziej frapujących zdjęć konińskich (?) tego autora jest dla mnie starszy pan z kotem na sznurku. Po pół wieku identyfikacja będzie praktycznie niemożliwa, i wtedy naprawdę ktoś popełni samobójstwo, próbując ustalić pochodzenie sznurka i rudzielca (swoją drogą: fajne). Na szczęście dla mnie, nie będzie mnie już wśród żywych.

Próba fotoreportażu Springera zamieszczona w gazeta.pl odnosi się również w moim przekonaniu do prawideł rządzących statystyką nie dokumentem, jakim poza sztuką jest fotografia. Przepis? Odnajdujemy przeciętnego mieszkańca stołecznej dzielnicy okrytej złą sławą, podpisując fotografię: „warszawianin”. Prawda to? I tak, i nie, jeśli wiadomo, o jakim opyfatelu mofa. Autora zniosło mocno w stronę turpizmu (oczywiście, że występuje), co jest nieudaną próbą przedstawienia , właśnie: czego? Brak klarownej intencji.  Ujmuje to współczesnemu Koninowi jego różnorodności i prawdy, które w dwa dni przeniknął autor „Hebanu”. Młodszemu fotoreporterowi ewidentnie zabrakło wiedzy o mieście i przewodników z czerwonej skodzie (oceniam konkretne zadanie, nie dorobek twórcy). Chyba, że wystarcza nam już się tylko cieszyć – mówię to z pełną powagą – że ktoś taki jak on portretuje nasze miasto? Na razie, na pytanie zawarte w leadzie: „Co może łączyć kopalnię odkrywkową, Ryszarda Kapuścińskiego i Filipa Springera?” –  odpowiadam, że nic.

Oba zestawione materiały dzieli nie tylko różnica pokoleń. Fotoreportaż Kapuścińskiego mówił 50 lat temu i mówi dzisiaj, guzik obchodzi oglądającego, jakim aparatem zdjęcia zostały zrobione. Gdyby zabrakło pośród nich zdjęcia z drogowskazem: „Konin” i tak odgadłby, że w te krajobrazy wnika przemysł, że rolnictwo ustępuje mu pola, że ludzie są biedni, ale schludni i że spełnią swoje marzenia o dostatnim życiu. Że mogą to być lata 50. lub 60. Że fotoreporter zwiedził Starówkę, główne ulice jakiegoś nowo budowanego miasta, które zmienia swoje oblicze, itd. Mógłby sobie je po prostu wyobrazić. W jakim Koninie pojawił się Springer? Kogo spotkał? Z kim rozmawiał? Prognozy zamieszczone w tekście Kapuścińskiego „Inna nazwa ziemi” dotyczące daty wydobycia 100-milionowej tony węgla w 2000 roku sprawdziły się („Polityka”, 26/09/1959). Co zostanie po Springerze? Daj Boże, za rok, dwa zniknie „węzeł przesiadkowy”, tu brak nawet diagnozy.

Konin to miasto interesujące, z bogatą tradycją i historią, wieloetniczne przed wojną, dynamicznie rozwijające się dzięki przemysłowi po wojnie, co błędnie stawia je w jednym szeregu z Nową Hutą, będącą w latach 50. odrębnym i nowym tworem (polecam lekturę Jerzego Łojko „Civitas Konin. Dzieje miasta i okolicy do schyłku XVIII wieku”). Nie brakuje też świetnie wykształconych mieszkańców,  którzy nie zastanawiają się każdego ranka, co robić w takim mieście jak Konin, bo to dylemat patrzącego z góry konkwistadora. Monografia w ujęciu współczesnym może być  więc arcyciekawym zadaniem dla wnikliwego i pracowitego reportera lub badacza. Niekoniecznie stąd. Biurkoza odpada.

PS. Marika Sypniewska, fotograf, z którą wyruszyłyśmy śladami Kapuścińskiego wykonała liczne powtórzenia. Z tego, co mi wiadomo – żyje i ma się dobrze. Robotę wykonałyśmy solidnie, bo takie było nasze zadanie. Konińskie pochodzenie nie miało wiele do rzeczy, w końcu Ryszard Kapuściński też nie był Angolańczykiem. Za busz po warszawsku przeprosiła mnie Bogu ducha winna, córka Izy Wojciechowskiej – Karolina, która opiekuje się zbiorem fotografii Mistrza. Nie ma za co, Karolino.


Izabela Bobrowska
 


Polecamy











Inne:

Linki:

Copyright © Kulturalny Konin 2012
wykonanie bp8.pl serv2