Ta strona używa plików cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki
Logo - Kulturalny Konin

„Imię”, czyli Waterloo po marokańsku

Oj, zapachniało ze sceny. Na widowni unosił się aromat ras hanout (dwadzieścia ziół i pąki róż), na talerzach gości układał się tajin (feerii barw gulaszu z Białej Afryki nie powstydziliby się impresjoniści, do tego zdrowy i pożywny!). Wieczór był egzotyczny, podwójnie, bo oto do marokańskich potraw i łakoci lało się francuskie wino. Na tę wykwintną kolację z nutką goryczy – o niej za chwilę – prosiła widzów Konińskiego Domu Kultury Babou, a jaśniej – Edyta Olszówka. Przy marokańskich potrawach zasiedli oni 16 października br. razem z Malajkatem, Bobrowskim, Banasiukiem i Krempą. Oj, smakowało! 

Dzięki Bogu już weekend, mówią niektórzy. Czas na relaks i spotkanie z przyjaciółmi, których zna się od podszewki, a nawet od dzieciństwa. Można zasiąść przy stole i pogadać. Babou, żona Pierre’a, profesora literatury francuskiej, skromna nauczycielka języka narodowego autorów sztuki „Imię”, przyjmuje gości niecodziennymi potrawami. Krząta się, wędrując z kuchni do pokoju, uzupełnia uginający się stół. Zagaduje gości. Pierre szuka kluczyka od piwniczki z winami, może zająć mu to cały wieczór. Biblioteka tego domu jest przepastna i ogromna. Po chwili dołącza Claude, puzonista z dowcipów o puzonistach w stylu: „Kim jest dobrze wychowany człowiek? Puzonista, który nie gra na swoim instrumencie”. W istocie, odstawia go na bok. Siebie również – aż do kulminacyjnego momentu. Kolorowym ptakiem i niekwestionowaną gwiazdą tej kolacji jest Vincent, brat Babou, szwagier Pierre'a, który chwali się, że zostanie ojcem. Jakie jest idealne imię dla jego nienarodzonego jeszcze syna (syna?)? I tu woń aromatów unoszących się podczas wykwintnego przyjęcia się kończy, Drodzy Państwo, a zaczyna Waterloo. Jest pieprznie, ostro. Papryczka chilli drażni nozdrza i spojówki. Wspólnie z aktorami wkraczamy na pole bitwy, po której – nic już nie będzie takie samo. Bo jaka jest różnica między imieniem Adolphe – PHE, a Adolf – F? „Mój syn strąci z piedestału Hitlera” – stwierdził Vincent, układając na pohybel adwersarzom listę zakazanych imion – od Pol Pota do Pinocheta. Daniel – po dziadku, też odpada... Nagle okazuje się, że to nie piekło, lecz jego przedsionek. Do akcji wkracza ciężarna żona Vincenta, Anna. Urażona krytyką, kwestionuje urodę imion dzieci Pierre’a i Babou. Nad stołem unoszą się czarne chmury… Szczególnie, gdy Pierre przypomina sobie, że Vincent odebrał mu w dzieciństwie „status zabójcy”… wymuskanego pudla ciotki. 
 
Niewinna początkowo wymiana zdań odkrywa niechcianą prawdę, ujawniając rodzinne tajemnice. Kogo kocha zabiedzony puzonista. Czy jest gejem i czy ma tego świadomość. Czy Babou rozmawia z matką, Francois, jedynie o pomarszczonych rodzynkach. I komu ukradł doktorat profesor literatury francuskiej. Dlaczego Babou jest rozgoryczona. I jak to jest z teściami – te kwestie rozstrzyga brawurowo zagrana farsa, komedia (?, zdania uczonych są podzielone), wyreżyserowana dla Teatru Dramatycznego w Warszawie przez Grzegorza Chrapkiewicza. Napięcie, nagromadzenie konfliktów, temperatura i komiczne zachowania postaci narastają w drugim akcie. Pierwszy jest nobliwy, stateczny jak paryski apartament Filipa i Elisabeth, zaprojektowany przez Wojciecha Stefaniaka. Biblioteka, która buduje hall, stół, krzesła, naczynia z pysznościami – to jedynie sygnały tego, że byliśmy w teatrze, na fajnej sztuce. Wszystko w „Imieniu” dzieje się w dialogach. Zbudować i utrzymać napięcie i komizm, opierając się na tekście, wymagało dużej sprawności reżyserskiej i aktorskiej. W spektaklu „Imię”, w Koninie, oglądaliśmy jednak artystów doświadczonych, wytrawnych. Edyta Olszówka w roli skromnej nauczycielki, rezygnującej ze swych aspiracji na rzecz męża i dzieci, idealnej, chociaż przygaszonej pani domu – wypadła wiarygodnie. Zacietrzewiony, nie do końca profesor – Szymon Bobrowski, argumentował jak wykładowca Sorbony i wściekał się jak przekupka, Wojciech Malajkat – był w najtrudniejszej roli, kłamcy, który nie udźwignął ciężaru własnej prowokacji, lecz bronił się zaciekle komiczną siłą. Dwoje młodszych aktorów – Mateusz Banasiuk (puzonista Claude) – początkowo wycofany, bezszelestny i oszczędny okazał się dla splotu wydarzeń napęczniałą rodzynką z tajin przygotowanej przez Babou. To dzięki niemu eksplodowała prawda. Dorota Krempa (studentka Wojciecha Malajkata, ostatni rok Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie) jako Anna dzielnie towarzyszyła współbiesiadnikom w drodze do transparentności życia rodzinnego. 
 
Widowisko zostało wyprodukowane dla Teatru Dramatycznego, Sceny na Woli przez Tito Production (m.in. „Boeing Boeing”, „Histerie miłosne”), sztukę tłumaczyła Barbara Grzegorzewska. Jej autorami są Matthieu Delaporte i Alexandre de la Pattelière (tytuł oryginału: „Le Prènom”).


Fot. Zdzisław Siwik

Polecamy











Inne:

Linki:

Copyright © Kulturalny Konin 2012
wykonanie bp8.pl serv2