Ta strona używa plików cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki
Logo - Kulturalny Konin

Bardzo zła sztuka

Znana konińskim słuchaczom Karolina Leśnik wróciła z kolejnym cyklem wykładów. W ubiegłym sezonie Galeria CKiS „Wieża Ciśnień” gościła ją z prelekcjami o sztuce współczesnej, awangardowej, komercyjnej. Tym razem poznańska historyk sztuki zawrze w nich tematykę dotyczącą relacji sztuki z historią, polityką, socjologią, przemianami cywilizacyjnymi, zagrożeniami współczesności i strategiami, którymi operują nowoczesne muzea i galerie. Najnowszy cykl zatytułowany „W polu sztuki” potrwa do grudnia tego roku.

Znaki i ślady aborygeńskie

Tematem drugiego wykładu z 29 października br. była sztuka aborygeńska, a konkretniej kontekst, w jakim objawiła się światu, stanowiący niechlubną częścią historii Białej Australii. Przyczynkiem do rozmowy była nie tylko wartość pierwotnych dzieł sztuki, tworzonej przez Aborygenów. Rok temu Galeria Antykwariat i Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu otworzyły ekspozycję, poświęconą pracom rdzennych mieszkańców tego kontynentu. Jedną z jej kuratorek była Karolina Leśnik, która poinformowała słuchających, że pokaźną kolekcją dzieł sztuki i minerałów przywiezionych z Australii, Oceanii, Tasmanii i Nowej Kaledonii dysponuje między innymi Fundacja Zakłady Kórnickie (pod koniec XIX wieku wyekspediował ją do kraju Władysław Zamoyski spadkobierca dóbr kórnickich, członek francuskiej komisji rządowej ds. agronomii, przemysłu i handlu Australii, która pracowała na tym kontynencie tuż przed otwarciem Wystawy Powszechnej w Sydney i Melbourne 1979-1880 – przyp. red.).

Wystawa, którą można było oglądać w poznańskim ZAMKU nosiła tytuł: „Znaki i ślady – współczesna sztuka aborygeńska” (Karolina Leśnik współpracowała przy niej ściśle ze znawcą tej tematyki, prof. Ryszardem Bednarowiczem, autorem książki „Sztuka Aborygenów” – przyp. red.). Złożyło się na nią współczesne malarstwo pochodzące z holenderskiej kolekcji Smith Davidson. Prezentowała 19 artystów, którzy wzięli udział w rozwoju malarstwa akrylowego. Towarzyszyły jej pokazy filmów, warsztaty dla dorosłych i dla dzieci i spotkania z podróżnikami. – Każdy artysta aborygeński nosi angielskie imię, imię i nazwisko rdzenne. Łatwiej było nam wymówić to pierwsze. Słusznie jednak zwrócono nam uwagę, że w ten sposób odbieramy im tożsamość. Przed wernisażem uczyliśmy się je wymawiać – tłumaczyła Karolina Leśnik. Dylemat, jaki towarzyszył kuratorce w czasie przygotowań dotyczył również sposobu ekspozycji tych prac. – Powstają na ziemi, artyści aborygeńscy nie malują przy sztalugach. Prace nie są rozpinane na blejtramach. Ich forma nie wskazuje, gdzie jest góra, gdzie dół – mieliśmy w związku z tym wiele pytań – dodała. Sposób ich prezentacji zderzył więc zachodnioeuropejskie wzorce z tamtą kulturą.

Ktoś w rodzaju rdzennego mieszkańca

Aborygeni przywędrowali do Australii 40-50 tysięcy lat temu z południowo-wschodniej Azji. Prowadzili koczowniczy tryb życia, uprawiali łowiectwo, zbieractwo, w niektórych rejonach – rybołówstwo. Do drugiej połowy XVIII wieku kontynent zamieszkiwało 600 plemion, mówiących w  500 różnych językach. Wspólne dla Aborygenów jest jedynie słownictwo określające stopień pokrewieństwa, które obejmuje aż 100 słów („ktoś w rodzaju matki”, „ktoś w rodzaju brata”). Wynikało to z rodzinno-klanowej organizacji danego plemienia, w którym każdy miał przypisaną społeczną, rodzinną i płciową rolę. Aborygeni posiadali własną mitologię, której najważniejszą postacią jest Tęczowy Wąż – władca najcenniejszego dobra pustyni: wody. Jego rywalem jest Słońce, z którym toczy nieustanne boje o strumienie i źródła. Aborygeni nazywają stworzenie świata Czasem Snu. Zgodnie z ich wierzeniami Tęczowy Wąż stworzył również góry, wypełzając spod ziemi. Mity różnią się między sobą w zależności od terytorium, na którym są opowiadane. Ich treść zależy od warunków klimatycznych. Opowieści o Wężu mają zwykle związek z żywiołami, więzami społecznymi i płodnością.

Języki, którymi posługiwali się Aborygeni, były świetnie wykształcone w mowie, nie znali oni jednak pisma. Przez przybyszów z Europy zostali uznani za dzikich. Początek ich gehenny trwającej do współczesności rozpoczął się pod koniec XVIII wieku, wraz z pierwszymi podbojami kolonialnymi. Wypierano ich na mniej urodzajne tereny, torturowano, truto, rozstrzeliwano, kobiety gwałcono, podejmowano również próby „cywilizowania” sierot w misjonarskich sierocińcach (podobnie było z dziećmi „mieszanymi”). W 1824 rząd brytyjski wydał oficjalną zgodę na strzelanie do Aborygenów. Polowania na miejscowych były rodzajem rozrywki dla panów z wyższych kręgów. Przez cały XIX wiek odbywały się tam mordy, gwałty i masakry. Ludność Tasmanii została prawie całkowicie zdziesiątkowana. Dopiero w 1926 roku masakra w okolicy Forrest River wzbudziła protest, niwelując jedynie eskalację tych działań. Zagłada Aborygenów zniszczyła ich tożsamość, wierzenia i rytuały, które jak się okazało w latach 70. stanowiły integralną część ich sztuki. Mimo iż Aborygeni otrzymali czynne prawa wyborcze w 1961 roku, w przekonaniu białych Australijczyków nadal pozostawali ludźmi drugiej kategorii. Do dziś borykają się z problemami, są grupą społeczną najczęściej dokonującą aktów przemocy, kradzieży, ulegającą uzależnieniom, etc. Przeprosiny za zbrodnie dokonane na Aborygenach padły dopiero w 2007 roku. Nie zmieniło to niestety ani ich sytuacji, ani podejścia do organizacji zajmujących się ich prawami. Jeszcze w 1999 roku z konstytucji tego kontynentu usunięta została klauzula uznająca ludność aborygeńską za prawowitych i pierwszych mieszkańców tego kraju.



Mr. Patterns odkrywa złą sztukę

W 1971 roku do obozu w Papunya, położonego 250 km od Alice Spring został skierowany Goeffrey Bardon, absolwent National School of Art w Sydney. Była to osada, do której spędzono 1500 Aborygenów, należących do różnych plemion. Bardon przebywał z nimi 18 miesięcy, poznając obyczaje, rytuały i sztukę. Zachęcał dzieci do przenoszenia wzorów (zyskał przydomek Mr. Patterns), które tworzyły na piasku, na papier. Później do malowania akrylami na płótnach namówił dorosłych członków aborygeńskiej społeczności. Na murze szkoły w Papunya powstał mural Honey Ant Dreaming, odnoszący się do mitów kosmogonicznych rdzennych mieszkańców Australii. Bardon popadł w wielkie kłopoty. Jego zadaniem było bowiem asymilowanie i uspołecznianie Aborygenów, a nie podtrzymywanie czegoś, co stanowiło ich tożsamość. – Bardon zawiózł też pierwsze dzieła do Alice Springs. Nabywcy kupowali je chętnie za 5-10 dolarów. Doprowadziło to również do zamieszania w obozie. Aborygeni byli zorganizowani klanowo, każdy miał przypisaną rolę. Zaczęły się niesnaski. Dlaczego wódz, który stoi wyżej w hierarchii zarobił mniej? – tłumaczyła Karolina Leśnik. – W dodatku działania te były poparte obrzędami, zadania ściśle podzielone na role: dzieci, dorosłych, kobiety, mężczyzn. Istniało coś takiego jak tabu. Mężczyźni nie powinni byli widzieć pewnych treści, podobnie kobiety. Mrówka na ścianie szkoły ujawniła to tabu – dodała autorka wykładu. Bardon zakończył pobyt w Papunya załamaniem nerwowym. Zła diagnoza spowodowała, że bardzo długo się leczył, pomogła mu dopiero hipnoza. Do końca życia zajmował się teoretycznie sztuką aborygeńską. To właśnie jemu zawdzięcza ona odkrycie. Były to ostatnie chwile, w których powstawała oryginalna, oparta na rytuałach, opowieściach, śpiewie – sztuka. Gdyby nie przeniósł jej na papier, płótna, uległaby zagładzie razem z ginącymi plemionami. Australia się na niej nie poznała. Najwięcej oryginalnych dzieł aborygeńskich znajduje się w kolekcjach holenderskich i amerykańskich (często bez podanego  autorstwa). Współczesna sztuka aborygeńska inspiruje się jedynie dawnymi wzorcami. Te wzorce są również wykorzystywane w celach komercyjnych jako symbol Australii. Często na odwrocie souveniru można przeczytać: „Made in China”. Współczesna sztuka aborygeńska jest ceniona na świecie. Cena jednego obrazu zaczyna się od 5 tysięcy dolarów. W latach 70. krytyka pisała o odkryciach Bardona: „Bad Aborigine Art”. Kropki i kreski – jak się o niej mówiło, odnoszą się nie tylko do mitów, także do codzienności rdzennych mieszkańców tego kontynentu: oznaczali nimi źródła, miejsca, w których można upolować zwierzynę, miejsca, w której rosła jadalna roślinność, etc.

Ludzkie zoo i Czarna Wenus

Karolina Leśnik opowiedziała też o kontrowersyjnych wystawach odnoszących się do czasów kolonialnych, niewolnictwa. W 2014 w Museem Dahlem odbyło się Biennale Berlin 8. Autorzy tej wystawy poprowadzili dialog z przedmiotami. W gablotach znajdowały się eksponaty etnograficzne, zamierzeniem były skojarzenia – z konkretną kulturą? – Granica między nimi a współczesnością, nowoczesnymi środkami prezentacji była jednak nieczytelna – tłumaczyła słuchaczom Leśnik. Inna wystawa poświęcona temu tematowi odbyła się w Crystal Palace w Londynie i nawiązywała do tzw. human zoo. Od 1800 roku w miastach europejskich takich jak Paryż, Marsylia, Hamburg, Antwerpia, Barcelona, Berlin, Londyn, Warszawa, Mediolan i Nowy Jork odbywały się ludzkie show. Budowano imitacje indiańskich, afrykańskich, aborygeńskich (także szwajcarskich, bretońskich i włoskich) wiosek i umieszczano w nich tubylców, których oglądali zwiedzający zoo. Fala krytyki uniosła się dopiero w 1958 roku w Brukseli. I tak od 1800-1958 roku ludzkie zoo z półnagimi ludźmi, często w klatkach, zwiedziło miliard oglądających na świecie. Stanowili oni atrakcję światowych targów. W Stanach Zjednoczonych, mowa o 100 żyjących Siuksach, oglądano ich w rezerwatach.

Do niechlubnego dziedzictwa Europy nawiązał Brett Bailey, artysta urodzony w Republice Południowej Afryki, mieszkający w Holandii. Ekspozycja, do której zaprosił żywych aktorów wywołała burzę wśród brytyjskiej społeczności, nosiła tytuł „Exibit B” i została pokazana w Barbican Centre w Londynie. Na skutek protestów, które blokowały drogę do galerii i petycji podpisanej przez 23 tysiące osób, została zamknięta. Brett Bailey tłumaczył: – Nie pracuję na opozycji: białe – czarne, dobre – złe, to właśnie jest piękne w sztuce, że można ją odbierać na wiele sposobów. Emocjom ulegli ludzie, którzy nie widzieli tej wystawy. Martwi mnie ten konserwatyzm. Powiedział także: – Nie mam zgody na rasizm. To dzieło nawiązuje do rzeczywistości XIX wieku, kolonializmu, dehumanizacji legitymizowanych przez kolonialną politykę. Te metody były uzasadniane naukowo, a ich ofiary żyły zgodnie ze stereotypami, uwiarygodnionymi przez ówczesnych myślicieli i naukowców. Artysta uważa również, że rasizm we współczesności ma się dobrze. – Jeśli masz czarną skórę i wchodzisz do sklepu, kamera kieruje zoom na ciebie. Moja wystawa była o tym, co dzieje się tu i teraz, że ludzie boją się innych ludzi, którzy pochodzą z innego świata, wyglądają inaczej. Skąd bierze się ten lęk? To te same myśli, które 150 lat temu wykreowane zostały przez filozofów. One żyją nadal. To bagaż, obecny także w mediach. Ostatnia instalacja Baileya „opowiada” jak nastawieni byli aktorzy do tego dzieła, kiedy o nim usłyszeli, dlaczego zdecydowali się wziąć udział w tym projekcie. – Negowanie tego jest tragedią – skwitował autor, którego praca została pokazana we Wrocławiu (http://www.wroclaw.pl/dialogwroclaw-exhibit-b).

     

Brett Bailey stworzył współczesną replikę human zoo, na jego wystawę złożyło się 10 dioram z żywymi aktorami. W performansie wzięli udział żywi aktorzy i chór z Namibii. W swojej pracy odniósł się również do Saartije Baartman, Buszmenki, którą właściciele plantacji sprzedali brytyjskiemu lekarzowi. Kobieta była obwożona po cyrkach i bazarach jako dziwo. Jej budowa (przerośnięte wargi sromowe i steatopygia, przerost bioder i pośladków) stanowiła klasyczny przykład dzikości i niższości czarnej rasy. Hotentocka Wenus – jak nazywano ją w cyrkach, zmieniała "opiekunów". Pod koniec swojego niedługiego życia sprzedano ją w celach „naukowych” do Holandii, później do Francji. Zmarła około 30 roku życia w biedzie, przyczyną jej śmierci była najprawdopodobniej ospa lub kiła. Fragmenty jej ciała zostały wypreparowane i umieszczone w formalinie, kości złożone do grobu. Lud Khoikhoi, z którego pochodziła jej matka, upomniał się o jej szczątki po dojściu Nelsona Mandeli do władzy. Początkowo spotkało się to  z oporem władz francuskich, szczątki zostały jednak zwrócone. Saartije pochowano w rodzimej ziemi.

Dodajmy, że we Francji działa instytut ACHAC, zajmujący się historią kolonializmu i badający zjawisko postkolonializmu. W Musée du Quai Branly znajduje się 35 tysięcy obiektów z ery kolonialnej, 267 tysięcy – w archiwach. Otworzyło ono wystawę „Ludzkie zoo: wynalazek dzikiego”, odnoszącą się do doktryny rasistowskiej na wszystkich kontynentach świata.

     

Kolejne spotkanie z historyk sztuki, Karoliną Leśnik odbędzie się 12 listopada br. o 18.00 w Galerii CKiS „Wieża Ciśnień”. Zostanie poświęcone przemocy, wojnie i śmierci – opisywanym przez współczesnych artystów, komentujących politykę w swojej sztuce („Poczucie zagrożenia” z cyklu: „W polu sztuki”).

 Fotografie zostały wykorzystane w celu prezentacji wykładu.

Polecamy











Inne:

Linki:

Copyright © Kulturalny Konin 2012
wykonanie bp8.pl serv2