Ta strona używa plików cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki
Logo - Kulturalny Konin

Dobre kino trafia do serca

Z Krzysztofem Majchrzakiem wybitnym polskim aktorem, odtwórcą między innymi roli Fryderyka w „Pornografii” według Gombrowicza, w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego, a ostatnio przewodniczącym jury 58. Ogólnopolskiego Konkursu Filmów Niezależnych OKFA im. Henryka Kluby rozmawia Izabela Bobrowska.

– „Jakie wiatry Pana do nas przygnały, Panie Fryderyku?” 
– Zaproszenie organizatorów. A potem ludzie, których poznałem, od   lat związanych z tym rodzajem kina – myślę tu głównie o Staszku Pulsie. Dostrzegłem, że dużo dzieje się poza tak zwanym ruchem zawodowym i jak dalece różnica między amatorstwem i zawodowością się zaciera. Wiele mnie to nauczyło. Z przyjemnością wróciłem tu po roku.

– A co dawniej dzieliło te dwa nurty – główny, zawodowy i amatorski, niezależny?
– Wraz z rozpoznawaniem tego drugiego, widzę mnóstwo pięknych cech tak zwanego amatorstwa, o które to cechy bezskutecznie upominam się czasem w tak zwanym nurcie zawodowym. Natomiast nie jestem filmoznawcą na tyle wytrawnym, żeby umieć wywieść logiczne współbrzmienie tych elementów, ich rozwój czy drogę, którą się poruszają.

– O co upomina się Pan w ruchu zawodowym i co takiego mają w sobie amatorzy, czego nie dostrzega Pan u profesjonalistów?
– Żarliwość. Nawet przy prymitywnym warsztacie i ograniczonych możliwościach twórczych, jeśli chodzi o technikę czy wykształcenie, które wiedzie do docenienia detalu na ekranie, wiedzą dokładnie, co chcą powiedzieć – nie jest to tak częste w tzw. filmie zawodowym. A przecież droga do ludzkiego serca jest główną powinnością artysty. I nie dotyczy to publiczności czy widowni, lecz serca pojedynczego człowieka.

– Sama żarliwość nie wystarczy.
– Nie. Ale jest głównym impulsem procesu twórczego, jest źródłem. A wiele filmów powstaje bez źródła. Nie chcę mówić źle o niektórych reżyserach czy kolegach. Od pewnego czasu nie jestem zainteresowany wypowiadaniem ich nazwisk głośno, bo miernotom przydaje to tylko dodatkowej sławy. Ale często po prostu nie wiem, jaki był powód uruchomienia kilkumilionowej transzy na realizację jakiegoś filmu.

Czy twórcy niezależni na tym festiwalu odpowiedzieli na najważniejsze dla sztuki pytanie: CO?
– W wielu wypadkach tak. Trudno mi jednak, odnosząc się do kilkudziesięciu filmów, kilku- i kilkunastominutowych, zawrzeć taką ocenę w jednym zdaniu. Gdyby w ramach preselekcji dopuścić o jedną trzecią filmów mniej, radość spotkania byłaby większa, a droga do szczegółowej analizy na przykład bardziej otwarta. Mam przed sobą katalog festiwalowy z drobiazgowymi notatkami i każdą z nich muszę przejrzeć przed rozmową z twórcami, bo każdy z nich to osobna para oczu i osobne serce, i osobna porcja problemów. Nie pokuszę się o więc żadne uogólnienie.

A czy wobec tego, nie uśredniając, znalazły się w tym roku na OKFA osoby, co do których dalszej drogi nie ma już wątpliwości? Myślę na przykład o Justynie Podżorny i jej animacji „Anatema”.
– Oczywiście, że tak. Świadczy o tym choćby wymieniony przez Panią film – kondycja tej młodej artystki, wygenerowanie przez nią tej dwuminutowej etiudy było już rzeczą poważną.

A cwaniactwo? Pojawia się na takim festiwalu?
– Jak wszędzie. Jak w całym życiu. Jest trochę takich ludzi, którzy mówią: „Zostałem artystą po to, by żyć lżej niż drwal, górnik, policjant czy żołnierz jednostki specjalnej, czy chirurg, który przez osiemnaście godzin operuje ludzkie organa”. Tacy, którzy twierdzą: „Ponieważ chcę żyć lżej, będą artystą”, a więc nierobem. Co więcej: „Będę jeździł po festiwalach, zbierał nagrody i kupował nowe wille w Kalifornii.”

Będę kłamał i oszukiwał?
– Będę kłamał i oszukiwał, żeby być widoczny na rynku. Niestety takich postaw jest więcej. Miernoty, dziadostwa i nieuczciwości jest na świecie więcej. Jakkolwiek jestem zauroczony myślą de Mello, egzemplifikowaną w „Przebudzeniu”, że tak zwana całość grawituje ku dobru.

– Ma Pan kanon świętych zasad – życiowych, zawodowych. Skoro je Pan wyznaje, dlaczego walczy Pan z tymi, dla których nie przedstawiają one wartości?
– A co tu jest konfliktowego? Co mianowicie wytykam innym ludziom?

– Skoro Pan nie kłamie, nie oszukuje, idzie własną drogą, dlaczego przeszkadza to Panu w innych? Czy to, co jest dla Pana ważne nie wystarczy?
– Wystarczy, ale jeśli ktoś pyta, odpowiadam. Nie lubię frajerów. Chociaż pochodzę z dobrego domu, moje serce jest na ulicy, jestem ulicznikiem z upodobania i lubię twarde zasady. Frajer na ulicy ginie z prostego powodu – nie szanuje ludzi i tam chłopaki załatwią resztę. Mam genetyczną niechęć do tego typu cwaniactwa i myślenia, że mnie się dużo więcej w życiu należy niż bliźnim. I do bycia artystą dla lansiarstwa też. Nie nazywając rzeczy po imieniu, pozwalamy cwaniakom majstrować przy uzbrojonej bombie, którą jest fundamentalność zasad, dotyczących ludzkich kontaktów.

– Czy te czasy kiedyś się skończą? Pańska postawa należy chyba do nielicznych.
– Nieprawda. Jest mnóstwo istot, z którymi jutro mogę wybrać się na każdą wyprawę albo wypić piwo.

– Myślę o tak zwanej rzeczywistości medialnej…
– A, tu ma Pani rację. Istota mediów się zmieniła. Stronią od rzeczy ciekawszych, głębszych. Nie mówię o kulturze niszowej, bo ona też mnie nie obchodzi. Nie chcę być niszowy. Chcę być zrozumiany. Chcę iść w dyskurs z normalnym prostym człowiekiem, drogą zwykłej szlachetnej prostoty. Ale jest taki strach wśród redaktorów, dyrektorów kreatywnych: trzęsienie dupą przed utratą posadki, czasem bardzo intratnej, że jak puszczą na antenę coś ciekawego i niegłupiego to ich zwierzchnicy powiedzą, że preferują kulturę niszową. W związku z tym, żeby przypodobać się swojemu szefowi, puszczają najgorszy chłam. To dzieje się na etapie decyzyjnym i prosty widz nie ma z tym nic wspólnego. Zresztą, w sporze z moją mamą, którą często odwiedzam myślami, bo już nie żyje, często poruszaliśmy ten temat. Mama mówiła: „Bo to się ludziom podoba”. A ja mówiłem: „Ale mamo, jak przychodzą do domu i włączają po ciężkim dniu pracy telewizor, to co oglądają?” „No właśnie: co?”, Ja mówię: „To, co jest, mamo. I kto ich się pyta, czy im się podoba. To po prostu leci!”. A potem to, co leci często jest zachwalane w szmatławcach telewizyjnych typu „TeleTydzień”, sratatata, „To i owo”, na różowo. I potem głupi szmirus jedzie z drugimi głupimi szmirusami-aktorami w trasę i zapowiada imprezę piosenkową, zarabiając po pięć tysięcy, i to się wszystkim ładnie opłaca. Wchodzi w tak zwany obieg medialny. Ale czy to się podoba?! Podoba się to, co dojmujące, proste i szczere. A tak naprawdę – kruszcu czy szlachetnych kamieni jest mniej niż żużlu i piasku, i z taką strukturą mineralną ziemi trzeba się zgodzić, a co dopiero ze strukturą substancji ludzkiej.

Zresztą, każdy czas ma swoich kontestatorów i oportunistów. Weźmy na przykład kino moralnego niepokoju, z którego dziś się naigrywam, a na które dawniej wściekaliśmy się z Januszem Zaorskim. Skwitował wtedy tę sprawę niesamowitą figurą: „Wiesz, Krzysiek, co jest logiczną opozycją moralnego niepokoju?”. Nie umiałem na to odpowiedzieć, miałem umysł zaburzony przez pasję, przez wkurw – mówiąc potocznie. Powiedział: „Niemoralny spokój.  Jeśli jesteś spokojny i chcesz mówić o drodze człowieka przez świat, o uniwersalnych mechanizmach życia, jesteś niemoralny!”. I to kino przypomina filmy robione w latach pięćdziesiątych: tu – dobry dysydent przeciwstawia się złemu komuniście, tam – dobry bolszewik przeciwstawiał się złemu szlachcicowi. Reprezentuje ten sam rodzaj oportunizmu, jest tylko zrobione przez inną formację polityczną. Jak to się ma do odkrywania tajemnicy ludzkiego bytu? Srak. Mamy żagielek! I nieważne, kogo wyrzucimy za burtę – my dopłyniemy. Zawsze są gnidy i oportuniści,  oraz Ci, którzy będą żeglować w burzy.

– Myśli Pan o młodych ludziach, którzy są tym chłamem karmieni?
– Jako belfer od czterech lat w Akademii Teatralnej usiłuję wygenerować człowieka,  z którym chciałbym wypić piwo. I zajmuję się nim tak, jakbym chciał, żeby zajmował się moim własnym dzieckiem jakiś nauczyciel. Co więcej, nie znoszę sformułowania wypowiadanego przez tak zwanych szacownych ludzi, wszelkiego społecznego kontaktu – dziennikarzy, pedagogów, srogów: „Ach, ta dzisiejsza młodzież!”. Dzisiejsza młodzież jest zachwycająca.  Kiedy miałem 20 lat, byłem głupszy od jeża. Każdy z napotkanych przeze mnie młodych ludzi przewyższa mnie z wtedy! Jestem pełen zachwytu, że mogę kształtować ich światopogląd. Obojętnie jak, w dobrej rozmowie, spokojnie czy w poszturchiwaniu. Są ludzie fajni i niefajni. I tak samo nie można mówić, że młodzież jest be, a starzy cacy. Wśród nich jest także mnóstwo tandeciarzy i oportunistów.

– A dzieci, które nie potrafią jeszcze nazywać tego, co jest wartościowe?
– Coś gorszego zafundowała im reforma, wprowadzenie gimnazjów. Dzieciak jest teraz ciągle na walizkach, jeszcze się nie rozpakował, a już się zabiera. Kiedyś w szkole podstawowej spędzał osiem lat, w liceum cztery – to było coś, co określało jego zakorzenienie. Ta reforma całkowicie zmasakrowała więzi. Korporacyjna kultura też je popsuła. Ale jestem przekonany, że tak zwana istota ludzka znajdzie i na to sposób. Jeżeli przeżyliśmy komunizm, przeżyjemy i to. Znajdą się ludzie, którzy zechcą pić ze sobą wino w bramie. A z innymi nie. Te więzi kuleją, ale istnieją. Wykształcą się formacje, grupy. Życie nie znosi próżni.

O produkcyjniakach rozmawialiśmy. Co z komercyjniakami?
– Zawsze były!  I w gruncie rzeczy to to samo, świadczy o tym choćby przykład kina moralnego niepokoju. Zawsze istniała kultura arogantów robiona dla byle kogo. Czyli dla bydła. Notabene, nienawidzę sformułowania tak zwanych wielkich twórców: „Publiczność się zmieniła. Widownia. Moi widzowie”. Jezus Maria! Kierunkiem jest człowiek. A nie widownia!

– Przeczytałam, że nie znosi Pan też rysu polskiego romantyzmu. Dlaczego?
– Nie lubię po prostu romantycznego paradygmatu polskiej kultury. Wolę romantyzm niemiecki, gdzie szacowny Goethe przez historię Fausta usiłuje odkodować istotę ludzkiego bytu: starzenia się, perspektywy śmierci, strachu przed przemijaniem. Polski romantyzm tego nie robi. Bez przerwy ktoś się zamienia w żmiję, w cara, car się zamienia w smoka. Chrzanię to. Nie lubię. Nie lubię Słowackiego, nie lubię Mickiewicza. Za Gombrowiczem ich nie lubię, choć Gombrowicza też nie lubię. Ale jego rozprawienie się z paradygmatem polskiego romantyzmu jest znakomite: „Słowacki wielkim wieszczem był. Wieszczył”. „Nie był” – mówi uczeń. „Mnie to nie pasuje” – i się zaczyna!  A język? „Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu. Wóz nurza się w zieloność i jak łódka bredzi” – czy tam brodzi. Co mnie to obchodzi? Co mnie obchodzi wieprzowatość życia w „Panu Tadeuszu”? To nie przysparza wiedzy o naturze człowieczeństwa. Co więcej, kiedy prof. Maria Janion w jednej ze swych prac ogłosiła zmierzch paradygmatu – przestałem się czuć jak renegat, banita, odosobniony w swoich osądach!

W tamtym miejscu i czasie ten model literatury był konieczny w kontekście narodowego doświadczenia.
– Bezsprzecznie! Mnie tylko chodzi o to, by nie wygrzebywać trupa. Ten paradygmat jest martwy i współcześnie niepotrzebny. Wolę już od niego opowieści o Robin Hoodzie. Artyści wszystkich czasów powinni  zajmować się problemem ludzkiej egzystencji, pobytu człowieka na ziemi. To jest ich podstawowy obowiązek. Więcej wniósł do mojego życia, do kodeksu moralnego, Vinnetou z NRD niż polski romantyzm. I oczywiście to, co nazywa Pani „narodowym doświadczeniem”, pociągnęło za sobą setki tysięcy ofiar. Wbrew temu, co myślę na temat paradygmatu, nie lekceważę pamięci o nich.

„Ma Pan twarz. A to jest w innych kategoriach niż przystojny” – te słowa wypowiadane w „Pornografii” Kolskiego pasują do Pana jak ulał.
– Dobrze, że je Pani przywołała. To słowa pisarki i tłumaczki, Zofii Chądzyńskiej. Była serdeczną przyjaciółką Gombrowicza. Spotykałem się z nią pół roku przed jej śmiercią, w czasie pracy nad scenariuszem. To dzięki niej i niewielkiej książeczce Calela Perechodnika „Spowiedź” – filmowa „Pornografia” zyskała swój kształt. Kiedy Rywin zaproponował Janowi ekranizację książki Gombrowicza, nie było wiadomo, co z tym zrobić. Dla Jana i dla mnie było to duże wyzwanie. Główny bohater, Fryderyk, był człowiekiem bez doświadczenia, bez generalnego rysu. Gdyby tak miało zostać, nie chciałbym go zagrać. Scenariusz został w końcu wzbogacony o wątek tragicznej biografii Perechodnika – człowieka, który przed transportem do obozu wyparł się własnej córki. I o aurę Zosi Chądzyńskiej, która ogromnie dużo wniosła do naszego filmu.

Dziękuję za rozmowę.
– Ja też. Z całego serca!

Cytaty użyte w rozmowie pochodzą z filmu „Pornografia” w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego, według Witolda Gombrowicza.

Polecamy











Inne:

Linki:

Copyright © Kulturalny Konin 2012
wykonanie bp8.pl serv2