Ta strona używa plików cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki
Logo - Kulturalny Konin

Peszkowie w „Pojedynku"

Niedawno przygotowali nowy wspólny spektakl, który konińska publiczność nagrodziła brawami. W „Pojedynku", czarnej komedii kryminalnej według Anthony'ego Shaffera na deskach „Oskardu" wystąpili ojciec i syn. Aktorzy! Mowa o Janie i Błażeju Peszkach, którzy od lat współpracują na teatralnej scenie. Przy tej okazji o sztuce, rozterkach z nią związanych, ostrych spotkaniach, najczulszych i najtrudniejszych uczuciach - słowem o zawodzie aktorskim rozmawiała z nimi Izabela Bobrowska.

Zawodowe losy Panów splotły się od momentu, gdy Pan Błażej rozpoczął studia aktorskie w krakowskiej PWST. Konińscy widzowie mieli przyjemność oglądać Was właśnie w najnowszym projekcie teatralnym „Pojedynek”. Czy więzy krwi przeszkadzają, czy może pomagają na scenie? 



Błażej Peszek: Bywało różnie. W szkole i wspólnej pracy na scenie – trochę trudniej, ale z biegiem czasu, lat, doświadczeń i mojego dojrzewania w życiu i zawodzie, zaczęło się to uspokajać i nabrało bardzo przyjemnego wyrazu. Nasze kolejne spotkanie, tym razem w „Pojedynku” było już niezwykle udane. Jest to kolejna sztuka, którą gramy w układzie: reżyser-aktor. Wcześniej ojciec reżyserował wspólne spektakle, teraz ja wystąpiłem w roli reżysera.

A te mniej przyjemne chwile, na czym polegały? Czy w grę wchodziły emocje związane z Waszą relacją ojcowsko-synowską?

Błażej Peszek: Emocje w ogóle! Skoro na scenie spotyka się dwóch facetów, którym na czymś zależy, to urastają one do takich drapieżnych, wysokich tonów. Nie dotyczy to tylko ludzi, których łączy pokrewieństwo.  Kiedy o coś ważnego chodzi, zawsze pojawiają się uczucia, które mogą – chociażby na chwilę – wziąć górę. Do tego wszystkiego my nie jesteśmy sobie obojętni, ani w życiu ani w pracy i z tego wynikały często te nasze ostre spotkania.
Jan Peszek: Więzy krwi są w naszym wypadku czymś oczywistym i wysokość tych napięć korelowała z nimi w sposób równie oczywisty. Wiadomo, że ojcu bardziej zależy na efekcie syna niż obcego partnera w pracy. Aspiracje rodzicielskie, które zresztą bywają często fałszywe, są tutaj całkowicie uzasadnione. Bardzo często spotykamy się w teatrze, także nie z własnej woli. Z moich obliczeń wynika, że jest to już kilkunasta teatralna historia, w której występujemy razem.
Błażej Peszek: W takim układzie, czwarta. Od 20 lat pracuję na scenie i regularnie się na niej z ojcem odnajduję.
Jan Peszek: Nieustannie! Ale tego wyboru dokonują też reżyserzy, którzy obsadzają nas  w swoich spektaklach. W ostatniej produkcji Teatru Starego w Krakowie, „Tytusie Andronikusie”, Błażej gra mojego jedynego ocalałego syna-mściciela. Reżyser chciał, by taka relacja na scenie zaistniała. Mam jednak wrażenie, że podkreślany tak często status ojciec-syn w sytuacji scenicznej zupełnie nie ma znaczenia. To jest naturalna zawodowo sytuacja,  poza tym, że prywatnie jesteśmy zaprzyjaźnieni, wiemy, czego chcemy, mamy podobne wyczucie teatralnego smaku, co też jest naturalne i w związku z tym po prostu ostrzej artykułujemy sobie prawdę, gdy się na coś nie godzimy. Lub w sposób bardziej wyrazisty komunikujemy swoją radość, bez obawy, że któryś z nas może nakłuć intymność drugiego. Aktorstwo jest pracą emocjonalną i bardzo łatwo jest naruszyć czułe struny w innym człowieku.

Czy były takie momenty, że powiedział Pan sobie: „Dosyć! Nie będę więcej pracował z ojcem…”

Błażej Peszek: Tak!

 „…bo za dużo mnie to kosztuje!” Kiedy nastąpił moment przełamania?

Błażej Peszek: Nigdy nie nastąpił. Nie było momentu, w którym nastała jakaś totalna odmiana. Oczywiście zdarzały się sytuacje, że schodziłem ze sceny i mówiłem: „Dość! Już nigdy więcej nie zagram z ojcem!”, ale potem stygłem i wracałem do pracy. I dojrzewałem przez lata. Nie było też tak, że od razu stwierdziłem: „Ale świetnie się z nim gra!”. To się stawało powoli, na zasadzie ewolucji, a nie rewolucji.

Widowisko „Wejście Smoka. Trailer” wystawione w nowohuckim Teatrze Łaźnia, w którym również wspólnie zagraliście, wymagało od Was niesłychanej kondycji fizycznej. Pan, Panie Janie słynie nie tylko z niezwykłej sprawności, ale wielokrotnie, choćby w Schaefferowskim „Scenariuszu dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” – dawał Pan temu dowód na deskach teatru.  Pan Błażej trenuje również sporty walki. Czy to Wasza rodzinna pasja, czy  zwyczajnie zawodowa konieczność?

Jan Peszek: Traktuję to w kategoriach prostego, oczywistego poglądu na pewien aspekt zawodowy: ciało aktora posłuszne, sprawne jest częścią instrumentarium, które się składa na aktorstwo. Nie wyobrażam sobie, że można być niesprawnym, uprawiając tę profesję. A ponieważ przez część studiów byłem nauczycielem Błażeja, w sposób naturalny przekazywałem tę konieczność, mocno akcentując dyspozycyjność cielesną w tym zawodzie. To się zresztą bardzo mocno wiąże z dyspozycyjnością psychiczną. Człowiek funkcjonuje dobrze dopiero w takiej pełni, a aktor powinien być instrumentem w pełni dyspozycyjnym. Nie widzę w tym niczego nadzwyczajnego i nie uważam nawet, że jestem specjalnie sprawny. To jest mój aktorski obowiązek i tyle!

A Pan?

Błażej Peszek: No tego właśnie się nauczyłem od ojca! Pasjonuję się sportami walki i to dało mi jeszcze więcej możliwości, potrafię więcej niż moi rówieśnicy i fantastycznie się z tym czuję także prywatnie, poza zawodem. I oczywiście przenoszę to też do teatru.

I zaraża Pan tym swoich studentów?

Błażej Peszek: Absolutnie tak. Nie namawiam ich rzecz jasna do walki w ringu, ale na pewno do aktywności fizycznej, bo ona uruchamia dalszą aktywność, to co się dzieje w człowieku, w środku.

Panie Janie, często podkreśla Pan swoją naturalną ruchliwość, potrzebę zmiany, przemieszczania się. Przez wiele lat zmieniał Pan teatry, miasta, a Pańska rodzina wędrowała razem z Panem. Każdy ma w życiu jakiś azyl. Czy dom bywa dla Pana takim azylem?

Jan Peszek: Ustabilizowaliśmy się całkiem niedawno i tylko w pewnym sensie – bo wszyscy w naszej rodzinie wędrują, nieprzerwanie. Od 10 lat spotykamy się w naszym domu pod Krakowem, te wspólne chwile są jednak niezwykle rzadkie. Spędzamy w nim rodzinne święta, które przypadają co 2 lata. W tym roku będą to aż dwa miłe spotkania: w Boże Narodzenie i Wielkanoc. Ten dom to właśnie nasz azyl.

Czy ta stabilizacja, dom, sprzyjają później tworzeniu?

Jan Peszek: Dom nie oznacza stabilizacji. Dom to przystań, do której się powraca. Teraz, od wielu miesięcy nie zagrzewam w nim miejsca. Wpadam tylko na pół dnia, żeby się przepakować, odświeżyć, spotkać z najbliższymi i uciekam dalej. Nie przebywam w nim i nie mieszkam. Taki mam zawód, a ten zawód wymaga ciągłych zmian.
 
Ruch, zmiany. A jakie nowe wyzwania przyniosła wam współpraca przy „Pojedynku”?

Jan Peszek: Błażej wystąpił w roli reżysera, także w roli aktora i kontrpartnera. Dla mnie nowy był również  gatunek. Zagrałem wprawdzie w dwóch filmach kryminalnych, w paru filmach telewizyjnych o wątkach kryminalnych. W teatrze było to dla mnie pierwsze tego rodzaju spotkanie. Przez jakiś czas nie dawałem się namówić Błażejowi, bo wydawało mi się, że to, co proponuje jest odrębne, inne od moich dotychczasowych doświadczeń. Do samego projektu byłem jednak przekonany od początku, gdy tylko dowiedziałem się, w jaki sposób Błażej chce to zinterpretować. Nie widzę niczego złego w tzw. użytkowej literaturze, a do takiej literaturę kryminalną można zaliczyć. Problem polega na czymś zupełnie innym, a mianowicie:  nie CO, ale JAK jest realizowane! Z perspektywy gotowego widowiska, które w Koninie graliśmy po raz drugi od momentu premiery, mogę już powiedzieć, że jest to niezwykle ciekawe doświadczenie.

Dziękuję bardzo za rozmowę.


Spektakl "Pojedynek" w reż. Błażeja Peszka, w którym zagrał wspólnie ze swoim ojcem, Janem Peszkiem, został wystawiony w Domu Kultury "Oskard" 25 października 2012.

Autorka fotografii: Marika Sypniewska
 
 

Polecamy











Inne:

Linki:

Copyright © Kulturalny Konin 2012
wykonanie bp8.pl serv2