Ta strona używa plików cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki
Logo - Kulturalny Konin

Z Pawlickim wspomnienia o Błękitnych Ulicach

–  Zawsze pamięta o moim 13 grudniu – śmieje się Pawlicki na telefon od syna. Tomek, jego młodszy, mieszka z rodziną w Edynburgu. – Pyta mnie: „Mama Cię już puściła do stoczni?”. Szymon Pawlicki to legenda. Działacz niepodległościowy, opozycjonista. Drukarz. Doradca Wałęsy. A przede wszystkim znakomity aktor, któremu stan wojenny pokrzyżował zawodowe ścieżki. Aż do 1989 r. pracował jako cieśla. Dom w Ślesinie postawił w 3 miesiące. Śpieszno mu było do Unii, tej Europejskiej. Zastanawiające, ile człowiek potrafi znieść mając przy sobie taką żonę jak Barbara, po mężu Pawlicka. Dyskretna, wyrozumiała, troskliwa. Idealna dla niepokornego ducha, którego tylko ona potrafi przywołać do rozsądku. Dlaczego dotąd nikt nie postawił pomnika żonom i matkom stanu wojennego, Bóg raczy wiedzieć. Na szczęście, tak jak Pani Basia, pozwalają one swoim mężczyznom wspominać. Słowo jest najmocniejszym orężem.

Izabela Bobrowska: –  Spodziewał się Pan aż takiego obrotu rzeczy? Myślę o wybuchu stanu wojennego.

Szymon Pawlicki: –  Zaczął się dla mnie całkiem wodewilowo. Po premierze w Teatrze Dramatycznym  w Gdyni, 12 grudnia, poszliśmy na Wzgórze Nowotki, do naszej koleżanki. Kilkanaście osób nas tam było. Bankiet na cztery fajerki, każdy coś tam miał, było wesoło, radośnie. Około pierwszej w nocy buzi, buzi, wychodzimy do domu z Pawlicką, a tu ulice błękitne, niebieskie, migają światła, jeżdżą jakieś 'suki', jakieś SKOT-y. Nie miałem pojęcia, o co chodzi, podpity trochę, pytam faceta, a on na to: „To nie wie Pan? „Solidarność” aresztują! W stoczni nakryli, z hoteli powyciągali!”. Wytrzeźwiałem natychmiast. Szukałem taksówki, nic nie było. Jakiś facet podwiózł nas syrenką pod dom, nie wziął od nas żadnych pieniędzy. Śladów żadnych nie było na śniegu, nie widać, by ktoś się kręcił. Szybciutko coś zjadłem, podrzemałem chwilę, no i z Basią wysłuchaliśmy Jaruzelskiego. Wiedzieliśmy już wszystko. Ona spytała mnie: „Dokąd Ty idziesz?”. „Jak to dokąd? Prosta odpowiedź: do stoczni! Zgodziłaś się, żebym startował do władz? Przysięgę złożyłem? Złożyłem, to idę. Jakie inne wyjście?". Dwie pary ciepłych skarpetek, gacie, torba, do kolejki i do MKZ (Międzyzakładowy Komitet Związkowy – przyp. red.). Już było po nalocie, wszystko porozbijane, ale jeszcze kilkanaście tysięcy egzemplarzy wydawnictwa leżało, w którym znalazły się stenogramy  strajkowych rozmów. Ludzie znaleźli gdzieś auto, wywieźli sprzęt. Resztę na plecy i do pobliskiego kościoła zanieśli. Po wyjściu z więzienia dowiedziałem się, że proboszcz umieścił te gazetki na daszku zabytkowego konfesjonału, a SB nigdy nie wpadła na myśl, że można tam coś schować. Obraz, który był w moim biurze też ktoś zwinął i zaniósł do ks. Henryka Jankowskiego, który go oprawił, bo był tylko w blejtramie. Niezwykła solidarność panowała wtedy między ludźmi. Nie raz ktoś wciskał mi na ulicy stuzłotówki do kieszeni. Nie pomyślałem nawet, by uszczknąć coś dla siebie. „Panie Szymonie! Przyda się wam” – słyszałem od nieznajomych. Dzisiaj, po tym wszystkim towarzyszy mi taka refleksja, że jeśli ktoś myśli, że jakakolwiek zbrodnia, oszukaństwo czy przekręt da się ukryć – NIEPRAWDA, NIE! Wszystko wyjdzie na jaw. Nie warto źle działać, bo to się zawsze wyda. Najprościej pracować prosto i uczciwie, w zgodzie z własnym sumieniem.

Niedługo po aresztowaniu trafiłem do szpitala w Bydgoszczy. Kiedy wypisali mnie po 11 miesiącach, nie poruszałem się jeszcze o własnych siłach. Karetka więzienna wiozła mnie do Gdyni. Poprosiłem kierowcę, by jechał prosto do teatru. Minąłem dom, nie wstępując nawet do mojej Basi. Zbyszek Bogdański, ówcześnie dyrektor Teatru Dramatycznego, przytulił mnie mocno do piersi. Do dziś wspomina jak mocno biło wtedy moje serce. Miałem poczucie, że najpierw muszę stawić się w moim teatrze. A po kilku dniach z Urzędu Wojewódzkiego, z wydziału kultury, przyszło pismo, w którym zakazali mi występów. Uznali, że moje pojawienie się na scenie „mogłoby wywołać niepokoje społeczne”. W tym momencie skończyła się praca. Stanąłem później przed komisją lekarską, która zakwalifikowała mnie do renty, dzięki czemu miałem w ogóle z czego żyć. Ale za to budowałem. Budowałem: schody, sufity, dachy, podłogi, krokwie. Ciesiółka. Bardzo to lubiłem.

IB: Jakie były okoliczności Pańskiego aresztowania 16 grudnia w stoczni?

SP:  Po uporządkowaniu i zabezpieczeniu dokumentów i mienia  wyszedłem z siedziby Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, mieszczącego się przy  Grunwaldzkiej i udałem się prosto do stoczni. To był dzień 13 grudnia, około godz. 11.00. Tam z kilkoma kolegami wszedłem w skład regionalnego i krajowego Komitetu Strajkowego. Stocznia strajkowała, wokół czołgi, SKOT-y, ZOMO. Ładnie było. Następnego dnia chłopaki wyszli z nalepkami „Solidarności” i czołgi całe okleili. Lufy wycelowane… Ale wiesz, ci żołnierze kilka dni siedzieli w tym żelastwie, pomarznięci i sini, a myśmy mieli stołówkę. No to poprosiłem dwóch stoczniowców, ja z nimi – dwa kotły kapuśniaku zanieśliśmy do czołgów i częstowaliśmy ich gorącą zupą.  

Z teatru nie zrezygnowałem! Przez cały stan wojenny, całe więzienie i później, miałem zresztą tę swoją wielką świadomość, że dzięki mojemu zawodowi nie jestem bezbronny. Nie muszę mieć automatu, karabinu, cekaemu. Mam słowo. I z tym sobie znakomicie radziłem… Na drugiej bramie, 15 grudnia, w przeddzień rozbicia nas, stałem przy kolumnie, obok mnie Ania Walentynowicz – trochę się ludzi gromadziło przed stocznią, więc było do kogo mówić, i ona się już wygadała – na temat wolności, demokracji, a potem mnie oddała mikrofon i nie wiedziałem, co po Ance mówić? I przypomniałem sobie Modlitwę Konrada z „Wyzwolenia” Wyspiańskiego, które wiele lat wcześniej graliśmy w Teatrze w Kaliszu, a której nauczyłem się od Henryka Talara-Konrada, leżąc krzyżem na proscenium przez 20 minut, grając tam rolę Prymasa. I wyrecytowałem przed stocznią: Zwyciężę na tej ziemi, z tej ziemi PAŃSTWO wskrzeszę. Synami my twojemi, błogosław czyn i rzeszę! Nie byłem bezbronny!

IB: A reakcja ludzi zgromadzonych przed bramą?

SP: Zryw, oklaski. Kilkaset osób biło brawo, ale czołgi milczały. Nie było odzewu.

IB: I po 30 latach znów znalazł się Pan na teatralnej scenie…

SP: To niesamowite uczucie! Myśmy w Koninie czytali już z Andrzejem Sewerynem poezję Jacka Kaczmarskiego – w Salonie Poezji Anny Dymnej. Niedawno powtórzyliśmy ten występ u niego, w Teatrze Polskim w Warszawie. Nieprawdopodobne to było, na dużej scenie, 700 osób na sali. Ta ogromna widownia pełna, zasłuchana. Mówimy teksty, prowadzimy dialog. I koniec. Gromkie brawa. Andrzej Seweryn pokazuje ręką na mnie, kłaniam się, wdzięczny jemu dziękuję. I tak myślę, że zaraz szmata opadnie, a tu Andrzej wskazuje mi mikrofon, że może chcę coś powiedzieć. Co tu powiedzieć, po Kaczmarskim? Tak patrzę na nich. I powiedziałem najpiękniejszy tekst, który od II Zjazdu „Solidarności” powtarzam. Na moją prośbę napisał go Jonasz Kofta, który do nas wtedy przyjechał. Z całym spokojem, bez recytacji mówiłem, właściwie tłumacząc:

Rok pierwszy minął
Trudny był, nadchodzi groźna zima
Kolejne próby, próby sił
By wytrwać, by wytrzymać
 
Przez codzienności grząskie dno
Przez umęczoną szarość
Ocalić to i przenieść to
Co nazywamy wiarą
 
Wiarą w Ojczyzny lepszy byt
Że od nas to zależy
Skoro po nocy przychodzi świt
Nie wierzyć, znaczy nie żyć
 
Niech puchną lepkie kartoteki
Różnych archiwów tajnych
Tak jak dopływy jednej rzeki
Podzielić się nie dajmy
 
Prawdy od słów już nikt nie oddzieli
Czerwieni od bieli
Jeżeli będziemy do bólu mądrzy
Nie dajmy się podzielić
 
No i to, co wtedy nastąpiło, to mi 30 lat nieobecności na scenie wynagrodziło. Cała widownia stanęła na nogi, z brawami. Fenomenalna owacja, w życiu takiej nie miałem!
 
IB: To sprawił wiersz Kofty, nigdzie dotąd nie publikowany, który poeta przekazał Panu napisany na serwetkach?
 
SP: Dokładnie! Kiedy odbierałem Jonasza z dworca, pokazał mi wiersz zapisany na skrawkach, takich pobazgranych. Chciał mi go później porządnie przepisać, więc przeczytał go tylko w drodze i schował te zmięte serwetki do kieszeni. Potem jeszcze w Sopocie odczytał i to wystarczyło – zapamiętałem i mówię do dziś… Dyrektor Seweryn nie wiedział, że taki tekst mam w głowie i że go wypowiem. Była to znakomita puenta naszego Kaczmarskiego! A potem przedstawił mnie widzom, informując, że po 30 latach wracam na scenę – do Teatru Polskiego w Warszawie. Myślałem, że umrę, że zapadnę się pod scenę. Takich słów się nie spodziewałem.
 
IB: Zdarzyło się Panu ostatnio więcej takich niezwykłych spotkań. Między innymi z Krzysztofem Wierzbickim, który przez wiele lat współpracował z Kieślowskim…
 
SP: Podczas jakiejś manifestacji, demonstrant wpadł wprost do jego bramy i wsunął mu w ręce biało-czerwoną flagę, którą Wierzbicki natychmiast zaniósł do domu. Potem jak żeśmy się spotkali, poprosił mnie o autograf, który złożyłem na tej fladze. Przypomniał mi ten fakt podczas premiery cyfrowego „Człowieka z żelaza” Wajdy w warszawskim Kinie „Kultura”, 10 grudnia, w tym roku. Powiedział, że przechowuje ją do dziś. Spotkałem też Ryszarda Bugajskiego, u którego zagrałem w 1978 w spektaklu Teatru Telewizji „Po tamtej stronie świec” rolę człowieka, którego gestapo wypuściło warunkowo do domu, zobowiązując do powrotu. „Zabiją cię, co Ty robisz?” – tłumaczyła mu kolejność zdarzeń żona. No właśnie. Ale jeśli ktoś się do czegoś zaprzysięga? To jest właśnie odpowiedzialność. Honor.
 
IB: Wróćmy do Pańskiej współpracy z dyrektorem Sewerynem. Zaczęła się ona od konińskich Salonów Poezji Anny Dymnej, w których występuje Pan jako gospodarz. Andrzej Seweryn, bardzo szybko zauważył, że reprezentuje Pan najlepszą polską szkołę mówienia wierszem.
 
SP: A skąd wiesz? Tak opowiadał, rzeczywiście! Miałem satysfakcję, bo mówili to również Anna Dymna, Ignacy Gogolewski i moje bożyszcze – Andrzej Łapicki, z którymi czytaliśmy poezję w Salonie. Notabene był to ostatni aktorski występ Łapickiego w jego życiu. Ten Salon Poezji, w Konińskim Domu Kultury, przyniósł mi naprawdę coś, czego w ogóle się nie spodziewałem. Byłem przerażony, zdawało mi się, że już czegoś nie pamiętam czy ilu rzeczy nie umiem… A tu urodziła się rola! Dyndalski w „Zemście” w Teatrze Polskim w Warszawie, w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Już jesteśmy po pierwszych próbach… Obsada jest. Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn…
 
IB: ...Szymon Pawlicki…
 
SP: Też! Wspaniałe, nieprawdopodobne przeżycie. W marcu premiera! To taki powrót do pierwszej miłości. Tego się nie da opowiedzieć słowami…
 
IB: A stracone w teatrze lata? Nie ma Pan zadry? Niedawno wystąpił Pan na jednej scenie z aktorem, który nie uznał bojkotu telewizji w stanie wojennym.
 
SP: Ja się na szczęście 52 lata temu nieźle ożeniłem. I moja Basia powiedziała mi: „Jeśli powiesz słowo na ten temat, to ja Cię nie znam!”. Przemyślałem to sobie. I przecież na miłość boską! Wszystko ma swoje granice! To się toczyło w jakimś miejscu, czasie. Odgrzebywanie tego nikomu nie służy. Nie pójdziemy przez to ani krok do przodu. Nie! Nie mam pretensji do nikogo. O nic. Było, przeszło, minęło. Żyję!
 
IB: Dziękuję za rozmowę.



Szymon Pawlicki, z prawej, pochyla się nad Lechem Wałęsą.


Na pierwszym planie, w kapeluszu, z megafonem na ramieniu.


Obraz należący do Szymona Pawlickiego ocalony przez ks. Jankowskiego




Szymon Pawlicki, z lewej. Zdjęcie z albumu rodzinnego.


Z legendą gdańskiej "Solidarności", Lechem Wałęsą.

Foto: Aneta Kwiatkowska, Radio Konin, portal www.konin24.info
Dziękujemy

Polecamy











Inne:

Linki:

Copyright © Kulturalny Konin 2012
wykonanie bp8.pl serv2